Jest cicha wrześniowa noc. Kłębki błękitu wzlatują sponad horyzontu, tłamsząc światło gwiazd.
Myślę o tobie. Zastanawiam się czy być może dzieliliśmy tej nocy te same chwile światła. Ty - gdzieś w tym specjalnym miejscu, tak mi drogim i tak obcym teraz; ja - jak zwykle w mgiełce błękitnawego dymu.
Nie mogę spać. Każdej nocy, jeśli nie odurzę się, w ten czy inny sposób, mam zawsze ten przed-sen, nie zawsze dokładnie ten sam, ale zawsze w jego głównym akcie grasz ty. Czas załamał się te dwa tysiące dni temu, oś wskazówek wielkiego bezlitosnego zegara pękła, bezgłośnie i żałośnie.
Jednak godziny nie zauważyły tego, fasada zamarła ale trzewia mechanizmów dalej, beznamiętnie, bezmyślnie ocierają się o siebie, produkując więcej czasu bez znaczenia
Wróciłem.
Szybuje nad powierzchnią kwietnia. Ptaki rodzą śpiew w mrocznych godzinach przedporanka. Chwile są. Dziwnie jest czuć dotyk drugiego ciała, obce wibracje, na wpół niepokojąca interferencja.
Na szczęcie to tylko wybryk wyobraźni. W moim planie istnienia nie ma innych ciał, prócz mojego własnego. Niedopałki rosną w popielniczce, cichy wyrzut sumienia. Wystygła kawa w kubku. Tak jest dobrze, tak...
Mam jeszcze Ciebie, powidok pod powiekami gdy godziny ciągną się i powielają. Pamiętam cię.
Oddycham, znów pulsuje w tym znajomym rytmie, wibracja powierza, wibracja błon, reakcje chemiczne bez końca, nieustępliwie dążą do przystanku docelowego.
Po co zmyślać historie skoro każda chwila dostarcza ich aż za wiele. To tylko umiejętność oberwacji, pewna wrażliwość na własne myśli i zachowania.
Ta wrażliwość właśnie jest tak przerażająca.
Moje dłonie znów noszą twój zapach.
Właściwie to zapach tego czym ukrywasz swój brak zapachu. Tak jakby cię nie było zanim nie określisz się envy, babydoll czy innym z całej gamy wonnych pieszczot.
Rozmawialiśmy. Znów odchodzisz, tym razem dalej niż kiedykolwiek byliśmy od siebie oddaleni. Mówisz żebym odwiedzał, żebym przyjechał do ciebie ukrytej gdzieś tam, w obcym, przerażającym mieście. Widzę siebie jak spaceruję po jego ulicach wpatrując się w twarze, losowo przecinając ulice, czekając na niby przypadek, na to, że spotkam cię. A potem widzę. Tu sen jest niejasny, niepewność czai się znów, jest w rytmie serca, nierówności oddechu.
Bedę spał gdy wyjedziesz. Będę snił.
Niech przeklęci bedą ci, którzy życzą mi snów.
Dziś ponownie wystąpiłem przeciwko mojemu własnemu libido. Stchórzyłem. Zapewne.
Upośledzony samiec. Niezdolny do wykożystania wszelkiej nadażającej się okazji. Brak instnktu drapieżcy. Pazury stępione i połamane. Tygrys zaszyty w swojej jaskini, bardziej wykastrowany Mruczuś niż coś innego.
Potem siedziałem w przejściu do kuchni, czekając na telefon. Nie było żadnego telefonu. Jeden po drugim odgaszane na kafelkach papierosy. Alkoholu nie śmiem tknąć, zatruwa. No więc siedzę tam, na tej zimnej podłodze i czuję jak wibrując zamiera we mnie wstydliwy pomruk niespełnionej rozkoszy. Papieros, telefon, ta sciana z ochydnymi panelami, których napewno nigdy już nie zmienię. A potem idę. Sypialnia, tapety w dwóch kolorach, duże puste łóżko. Bałagan. Nie sprzątam, bo nie mam dla kogo. Duży pokój, kwaśne opary dymu, ciemno, jadowity blask monitra. Łazienka. Białość, blask, warkot wiatraka. Błysk ostrości na krawędzi wanny, iluzja, przecieram oczy.
Nikogo nie ma. Znów sam.
Zaczynam nową podróż, podróż w dobrze znane miejsca.
Znam drogę; stawiam stopy odważnie.
Głowę podnoszę, wpatrzony w siebie, siebie widzę.
O sobie opowiadam.